Zacznę od banału: to muzyka irlandzka wybrała mnie,
a nie ja ją!
Kontakt z muzyką irlandzką był moim pierwszym kontaktem z muzyką
(jeśli nie liczyć śpiewania z Dziadkiem pieśni religijnych i kanonu: szła dzieweczka, stoi ułan na widecie, itd...:)
Muzyka irlandzka, jako że była pierwsza, jest dla mnie jak język
ojczysty, każdą inną widzę po części przez jej pryzmat.
Wszystko zaczęło się w szkole podstawowej, gdzie poznałam Wojciecha
Wietrzyńskiego, animatora ruchu flażoletowego w Wielkopolsce. Zaczęłam grać w Swarzędzkiej Orkiestrze Flażoletowej, jeździć na warsztaty....Dzięki Orkiestrze poznałam Patrycję Napierałę, z którą nieprzerwanie gram i
przyjaźnię się od 10-u lat.
Na warsztatach spotkałam wybitnego bretońskiego flecistę - Jean
Luc Thomasa. Jego osoba, charakter i muzyka ostatecznie skłoniły mnie
do gry na irlandzkim flecie poprzecznym (zastanawiałam się wcześniej nad grą na flecie współczesnym). Od platonicznej fascynacji osobą - do praktycznej fascynacji muzyką, tak mogłabym chyba określić ów proces.
W międzyczasie skończyłam szkołę muzyczna I-go stopnia w klasie fagotu,
który okazał się nie być instrumentem dla mnie. Co prawda "dobry muzyk zagra na wszystkim" ale z człowiekiem i instrumentem jest tak jak z kobietą i mężczyzną - nie każdy/a jest dla każdego :)
Wybierając się do szkoły muzycznej nie zastanawiałam się długo nad instrumentem. Wtedy po prostu chciałam grac...
Poza orkiestrą flażoletową grałam w tamtym czasie w zespole Ould-land
(m.in. z Patrycją Napierałą i Mateuszem Tunkielem) oraz w licealnym zespole
Jungle Swing ( ze świetnym perkusistą Maciejem "Mustafą" Giżejewskim).
Przez chwilę także, szukając "własnych" korzeni uczyłam się grać na
dudach wielkopolskich w Kapeli Dudziarzy Wielkopolskich. Jednak dudy, tak jak fagot, okazały się tylko epizodem w moim życiu.
Później, już grając w Danarze, chwyciłam mandolinę. Nie był to jednak
mój pierwszy kontakt z tym instrumentm. W dzieciństwie nieostrożnie
zostawiłam na dworze neapoltańską mandolinę mojego dziadka. Niestety tego wieczoru padał deszcz i mandolina się rozpłynęła...
Moim głównym instrumentem nadal jest flet, jednak mandolina pochłania dość dużo mojej uwagi. Zapewne przyczynia się do wspomnienie Mojego Dziadka, który grał na mandolinie oraz na skrzypcach. Jego wielkim marzeniem było, by ktoś z rodziny grał. Niestety średnie pokolenie Mojej Rodziny nie pasjonowało się muzyka. Dlatego ja, grając, czuję, że spełniam nie tylko swoje marzenia, ale też podtrzymuję więź z zaprzeszłym pokoleniem .
Obecnie gram muzykę irlandzką w zespole Danar, który jest bardzo ważną
częścią mojego życia...nie tylko z powodów muzycznych. Bo Danar to nie
tylko muzyka, ale również przyjaźń. Grywam też muzykę bretońską w
zespole Goularz.
Drewniany flet poprzeczny jest pasją mojego życia i staram się gry
na nim nie ograniczać tylko i wyłącznie do muzyki celtyckiej. W zaciszu
domowym grywam sobie różne rzeczy: zarówno folkowe, jak i muzykę
klasyczną, czasem trochę jazzu...Wynika to z faktu, że staram się poznać flet jako instrument w każdej możliwej jego odsłonie.
Ponadto nie interesuje mnie granie stuprocentowo tradycyjne (zresztą sama
kwestia tradycyjności jest dyskusyjna). Dla mnie tradycja jest jedynie
punktem wyjścia do innych, nieznanych mi dotąd przestrzeni muzycznych .
Trzy zdania o mnie w kontekście pozamuzycznym:Po pierwsze: jeżdżę na rowerze :) ,
Po drugie: zajmuję się amatorsko fotografią,
A po trzecie: studiuję Etnologię i Antropologię Kulturową oraz
Muzykologię na UAM.