Irish Melange czyli kawa wiedeńska po irlandzku. Drukuj Email
Wpisał: Ewelina Grygier   

Przez kilka miesięcy przebywałam w Wiedniu, dawnej muzycznej stolicy Europy. Dziś w tym wielokulturowym mieście obecna jest nie tylko muzyka klasyczna. Również folk, a  w tym i muzyka celtycka, ma się bardzo dobrze. Odbywają się liczne koncerty, festiwale oraz sesje. Co ciekawe, można uczestniczyć nie tylko w sesjach muzyki celtyckiej, ale i różnych innych zw. z muzyką tradycyjną, np. francuską (przy czym inaczej niż u nas, nie Bretania, a Centralna Francja jest tu ulubionym regionem muzycznym), klezmerską oraz sesjami ogólnymi – world music session.

Postanowiłam skreślić kilka zdań na temat tego, jak, gdzie i w jakiej formie sesjują Wiedeńczycy. Poniższy tekst można traktować jako relację z pobytu tamże, a także  jako wskazówkę dla tych, którzy chcieliby osobiście poznać świat muzyki irlandzkiej w Wiedniu.

            W kwestii interesujących nas sesji muzyki irlandzkiej sprawa przedstawia się następująco: odbywają się one regularnie raz na miesiąc. Ponieważ są trzy, w sumie wypadają aż trzy różne sesje irlandzkie w miesiącu. Odbywają się one w:

- każdy pierwszy poniedziałek miesiąca, w O'Peters OLD OAK na ul. Rennweg 95, www.oldoakpub.at

- każdy drugi wtorek miesiąca w Cafe Concerto, na ul. Lerchenfelder Gürtel 53, www.cafeconcerto.at

- każdy pierwszy czwartek miesiąca, w Pubie Backbone, na ul.Burggasse 100, http://www.backbone-irishpub.com/

Osobiście uczestniczyłam w sesjach odbywających się w Cafe Concerto i Backbone. Spotyka się tam mniej więcej ta sama ekipa w liczbie ok. 10 osób. Czasem muzyków jest więcej, czasem mniej. Skład instrumentalny przedstawia się następująco: flety[1], whistle, ullinnean pipes, akordeon diatoniczny, buzuki, skrzypce, bodhrany, czasem bęben obręczowy z brzękadłami. Ekipa bywa naprawdę mocna. Poza Austriakami pojawiają się też mieszkający lub czasowo przebywający w Wiedniu obcokrajowcy – m.in. amerykańscy skrzypkowie Anabelle i Jeff. Większość osób biorących udział w sesji jest amatorami[2] ale wśród grających są i zawodowi muzycy, np. Stoney czyli Stephen Steiner, świetnie grający nie tylko na skrzypcach ale i na nyckelharpie i akordeonie. Gra on m.in. w Hotel Palindrone (www.hotelpalindrone.com). Jeśli już o Stoneyu mowa, to trzeba też wspomnieć, że w Wiedniu działa prowadzony przez niego perfekcyjny vortal informacyjnyhttp://www.tradivarium.at, na którym zawsze są aktualne wiadomości dotyczące folkowego świata – nie tylko wiedeńskiego ale i austriackiego – można więc znaleźć tam wykaz zespołów folkowych, zarówno tanecznych, jak i muzycznych, kalendarium koncertów, festiwali, sesji muzycznych, warsztatów etc.

Przejdźmy już do meritum sprawy, a więc do właściwego opisu sesji. Na sesjach wiedeńskich gra się standardowe sety, z których każdy złożony jest z 2 lub 3 utworów granych po 3 razy. Przykładowe sety utworów, jakie możemy spotkać na sesjach wiedeńskich, to :

 

-         Christy Barry’s nr 1 / Christy Barry’s nr 2,

-         Banish Misfortune / The Blarney Pilgrim,

-         Garret Barry's / Cliffs of Moher,

-         Cooley's Reel/ Dick Gossip's Reel,

-         Wedding Reel / Donald Blue / Ornette's Trip to Belfast,

-         Martin Wynne's nr 2 /  Martin Wynne's  nr 1,

-         Farewell to Ireland / Jenny's Chickens.

 

Muzycy grają przeważnie znane sobie kombinacje utworów, które ma opanowane

przynajmniej cześć z  nich. Nieraz zestawy granych utworów rodzą się spontanicznie podczas sesji. Możliwe jest też wprowadzanie nowego repertuaru, aczkolwiek nie jest to łatwe. Kiedy zaczyna się grać kawałek, którego nikt nie zna, jest się skazanym na granie a cappella, ponieważ nawet akompaniatorzy nie dołączają się[3]. Nowe utwory pojawiają się zwykle najpierw na tzw. slow session – o czym poniżej, a dopiero później na normalnej sesji.

Ponadto dużą wagę przykłada się też do „czystości” czy też jednolitości sesji. Mimo, że wśród muzyków znajdowały się osoby, które grywają lub grywały folk innych regionów, starano się nie wplątać muzyki z innych stron świata.

W Wiedniu muzyk sesyjny napotyka parę udogodnień, których niestety brak u nas w kraju. Jednym z nich jest fakt, iż wszyscy muzycy piją za pół ceny J. Spotykałam się z tym zwyczajem nie tylko w wymienionych powyżej knajpkach ale i w innych, w których przyszło mi grywać ze znajomymi, m.in. w bardzo przytulnym Café G-Punkt, znajdującym się na Stolzenthalergasse 26 (www.cafe-g-punkt.at). Puby potrafiąc docenić fakt, że mają za darmo żywą muzykę, która zwabia klientelę, nawet na swoich stronach internetowych zamieszczają takie oto informacje: „u nas muzycy piją za połowę”. Kolejnym z udogodnień  jest tzw. freie Spende czyli nieobowiązkowa zbiórka pieniędzy dla grających muzyków. Takie dobrowolne zbiórki urządza się nie tylko na sesjach, ale i też na koncertach. Jest to dość wygodne rozwiązanie. Jeśli nie ma się pieniędzy można wejść na koncert za darmo, jeśli chce się zapłacić, można dać tyle, ile uważa się za stosowne. Być może biorąc pod uwagę polskie realia brzmi to nieco śmiesznie, ale w Austrii to się sprawdza. Na sesjach co prawda muzycy otrzymują nieporównywalnie mniej z takiej zbiórki, niźli na koncertach, niemniej jednak pozwala to na pokrycie różnych kosztów związanych z sesjowaniem J. Zbiórki takiej nie dokonują muzycy, a barmani. Chodzą oni, zazwyczaj raz lub dwa między klientami, z kapeluszem, który stopniowo wypełnia się pieniędzmi.  Kiedy w kapeluszu uzbiera się już trochę grosza – chciałoby się napisać, kiedy kapelusz zapełni się po brzegi…ale niestety tak nie bywa – barman lub barmanka stawia go przed muzykami na stole. Tego kto i ile pieniędzy otrzymuje nie wiem, bo aż tak bardzo nie zostałam wtajemniczona. Nie są to jednak wielkie kwoty, starczają one zapewne na uregulowanie rachunku. A propos, tak na marginesie dodam, że w większości pubów w Wiedniu rachunek reguluje się od razu przy stoliku, jak tylko barman przyniesie nam zamówione trunki[4]. Muzycy jednak jedynie podają barmanowi swoje imię i płacą za wszystko przed wyjściem z pubu.

Wspomniałam już o sesjach obdarzonych przymiotnikiem „slow”. Cóż to takiego ? Otóż w piwnicy Cafe Concerto raz w miesiącu odbywają się tzw. Slow Irish Session  od godziny 19:30 do 21:00 i poprzedzają one właściwą Irish Session, która zaczyna się o 21:00 już w pubie. Slow session to bardzo ciekawe zjawisko. Są to spotkania, na których ludzie uczą siebie wzajemnie nowych utworów, zdradzają tajemnice techniki itd. W sesjach tych bierze udział kilku sprawnych muzyków oraz rzesza uczących się. Mniej więcej na co drugim spotkaniu pojawiał się ktoś nowy z instrumentem i chęcią gry. Poza walorem edukacyjnym sesje te mają jeszcze taki plus, że budują wspólny repertuar sesjowiczów, co bardzo przydaje się na „normalnych” sesjach.  W zasadzie slow session można by też z powodzeniem nazywać warsztatami. Ci, którzy sprawnie władają instrumentem, grają później na właściwej sesji, ci, którzy dopiero się uczą zasiadają przy stoliku obok w roli publiczności.

Kończąc pozwolę sobie nawiązać do – być może już nieco sztampowego – powiedzenia : muzyka łączy ludzi. Przeprowadzając się do nowego kraju na początku jest się w zasadzie samemu, a nawiązywanie kontaktów wymaga trochę czasu. Gdy w obcym mieście, jakim dla mnie ubiegłej jesieni był Wiedeń, mogłam odszukać świat muzyki celtyckiej, uczucie obcości minęło. Bo muzyka jest językiem uniwersalnym.

Image

Image 



[1] Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam trafiając na sesję do Concerto był fakt, iż Thomas gra na flecie zrobionym przez Gellesa Leharta, a więc na instrumencie wykonanym przez tego samego lutnika, który zrobił mój flet. Było to miłe zaskoczenie na początek.

[2] Nie chodzi mi tutaj o to, że grali amatorsko ale o fakt, że nie zajmowali się muzyką zawodowo.

[3] Swoją drogą akompaniament na tych sesjach był znikomy. Granie było głównie melodyczne. Buzukista czy akordeonista nigdy nie grali harmonicznie, a szkoda. Jedyny akompaniujący melodii element to stukot bodhranu. Chciałoby się napisać „miarowy stukot bodhranu” jednak to nie prawda. Raz pewien wpadł na sesję dobry bodhranista. Poza tym byli tylko bodhraniści. Dobrych nie było.

[4] Osobiście nie polecam spożywania austriackich piw. To oczywiście moja subiektywna opinia. Jeśli austriackie napitki… to wina, a piwa…jeśli już piwa to w Backbone dostać można Guinnssa, a w Concerto polecam wybieranie trunków czeskich.

 

Chcesz skomentować? Proszę bardzo:

 

 
następny artykuł »
 

Menu
Home
Nowości
Whistle
Flet Irlandzki
Artykuły
Nasze sylwetki
Imprezy
Linki
Kontakt
Szukaj
Forum
Księga gości
Ankieta
Na czym grasz?
 





Nie pamiętam hasła
Licznik
gości: 493024